Legenda III


"Legenda o Głodomanku"


Działo się to w XIII wieku. Polska podzielona na dzielnice przez Bolesława Krzywoustego rządzona była przez jego następców i dzielona na coraz to mniejsze części. Kraj otoczony z wszystkich stron wrogimi państwami musiał ciągle bronić swych ziem. Na jego granicach powstawały ciągle nowe zamki i grody obronne. Jeden z takich grodów zwany Głodomankiem od tego, że w dawniejszych czasach obronił się przed Niemcami chcącymi go głodem wziąć, stał na granicy Polski z Węgrami i Rusią. Niepokojony ciągle przez najeźdźców trwał na swoim posterunku razem z całą swoją załogą i mieszkańcami. Wszyscy, którzy kiedykolwiek go widzieli, nie mogli o nim zapomnieć. W całej Małopolsce nie było potężniejszego, bogatszego i piękniejszego zamku, któryby tak skutecznie mógł się bronić. Wszystko to działo się zaś za sprawą władcy grodu - Jowy. Krzepki mimo ponad 100 lat i energiczny możnowładca rządził twardą ręką, ale zawsze stał po stronie sprawiedliwości. Poddani garnęli się do niego jak do ojca. Wiedzieli, że mogą oczekiwać od niego dobrej rady i pomocy. Jowa miał dwóch synów bliźniaków podobnych do siebie jak dwie krople wody i ukochaną córkę, która przypominała mu o zmarłej żonie. Chłopcy mówili do siebie zawsze „bracie Jowa" i nikt nie słyszał, żeby inaczej się do siebie zwracali. Nikt też nie widział ich osobno. Zawsze gdzie był jeden, tam był też drugi. Uwielbiali oni młodszą siostrę i spełniali wszystkie jej zachcianki. Uczyli się też od ojca jak maja rządzić po jego śmierci. Życie w grodzie toczyło się powoli utartymi szlakami, aż do chwili, gdy do mieszkańców dotarła mrożąca krew w żyłach wieść: do grodu zbliżali się Tatarzy. Dziwnym się może wydawać, że ludzie ci, z których większość przeżyła już niejedno oblężenie i niejedną walkę tak bardzo się boją. Tatarzy nie byli jednak wojownikami, z jakimi zazwyczaj mieli styczność. Skąpe wiadomości jakie docierały do grodu opisywały Tatarów jako niskich, ale rozrośniętych w barach, o zakrzywionych nosach i małych czarnych i szeroko rozstawionych oczach. Ich broń stanowić miały zakrzywione miecze, kołczany i łuki, ochraniali się tarczami ze skór byczych. Najbardziej nieludzkie wydawało się mieszkańcom grodu, którzy lubili dobrze zjeść i wypić, pożywienie. Tatarzy mieli mieć wstręt do chleba, a wprost przepadać za mięsem różnych zwierząt bez wyjątku, zarówno surowym jak i przyrządzonym w inny sposób. Ponadto mieli pić włącznie zsiadłe mleko wymieszane z krwią końską. Mieszkańcy Głodomanka zgromadzili się przed domem swego władcy czekając na jego decyzję w sprawie obrony grodu. Wiedzieli, że na starym panie się nie zawiodą. Ich przekonania były wszak poparte licznymi czynami. Jowa po naradzie z Radą Starszych, którzy w sprawach obronnych byli równie doświadczeni jak on sam, zarządził zamknięcie wszystkich bram grodu i przygotowania do walki. Uczestniczyć mieli w niej wszyscy zdolni do tego mężczyźni, a w kobiety i dzieci miały stanowić dla nich zaplecze i pomoc. Ponadto Jowa wysłał kilku zaufanych ludzi do sąsiednich grodów i miasteczek, aby dokładnie zorientowali się w sytuacji. Władca martwił się jedynie o swoje dzieci. Bał się, że w czasie walki coś może im się przytrafić. Z tego też powodu chciał wysłać ich w bezpieczniejsze miejsce. Synowie nie zgodzili się jednak na taką ucieczkę, nie chcieli by mieszkańcy miasta wzięli ich za tchórzy, którzy na wieść o jakimkolwiek niebezpieczeństwie rejterują z miejsca zagrożenia. Ojciec nie przekonał ich nawet groźbą. Wymógł jedynie na nich przysięgę, że niezależnie od tego co się stanie zawsze będą ochraniać siostrę. W stanie podniecenia i nieokreślonego lęku mieszkańcy przeżyli dwa tygodnie. Dopiero po tym czasie powrócili wysłani przez władcę posłańcy. Przywieźli ze sobą nowe, jeszcze straszniejsze wieści. Okazało się, że Tatarzy pokonali już kilka sąsiednich grodów i otwiera się przed nimi prosta i niczym nie zamknięta droga na Głodomank. Wiadomości sprawdziły się zaledwie tydzień później. Wczesnym rankiem stojący na wieży wartownik zauważył duży ruch na horyzoncie. Na równinie przed grodem zaczęły rozlewać się ogromne masy ludzi na koniach i pieszo. Okrzyk „Tatarzy" poderwał na nogi wszystkich mieszkańców. Nie minęło wiele czasu, a na całej długości murów stanęli mężczyźni. Obok nich umieszczone były kosze z ziemią i kamieniami, dzbany i misy z gorącą wodą i smołą. Oprócz tego każdy miał zawieszony przez plecy kołczan, a w ręce trzymał łuk i dzidę. Najbardziej wyróżniał się stary władca. Posturą przewyższał wszystkich mężczyzn w grodzie, a odwagi również mu nie brakowało. Po obu rękach miał synów, córka stała wraz z innymi dziećmi i kobietami. Walka rozpoczęła się wieczorem. Od początku przewagę uzyskali mieszkańcy Głodomanka. Z góry puszczali na wrogów kamienie, strzelali z łuków, wylewali wodę i smołę. Po kilku godzinach Tatarzy wycofali się. Z murów widać było zapalone ogniska i siedzących przy nich ludzi. Tej nocy nikt nie miał zamiaru spać zarówno wśród obleganych, jak i wśród oblegających. Grodzianie cieszyli się z dotychczasowego zwycięstwa. Liczyli na to, że Tatarzy szybko wycofają się. jeśli poznają siłę przeciwnika. Nie domyślali się tylko, że plan tatarski jest zupełnie inny. Minął tydzień oblężenia, kiedy w grodzie zaczęło brakować jedzenia. Mieszkańcy stawali się coraz bardziej przygnębieni, chociaż wciąż pocieszali się myślą o zwycięstwie. Przypominali sobie inne oblężenia i kolejne wygrane. Załamało ich jednak inne wydarzenie. Podczas jednego ze szturmu ranny został władca. Pozostali zatem bez człowieka, który kierował całym ich życiem. Jego synowie mieli wprawdzie przejąć jego władzę, ale byli jeszcze młodzi i zbyt mało umieli by pokierować walka z mocnym i dobrze zorganizowanym przeciwnikiem, rządy przejęta więc Rada Starszych Tymczasem stary Jowa, czując że umiera, wezwał do siebie swych synów. Prosił ich, żeby przez wzgląd na siostrę uciekli z oblężonego miasta. Bracia długo nie chcieli się na to zgodzić. Dopiero, gdy ojciec opowiedział im o okrutnym traktowaniu, jakie może spotkać ich siostrę, jeżeli złapią ją Tatarzy, młodzieńcy przyrzekli opuścić gród w nocy. Jowa pokazał im wówczas tajne przejście, które łączyło rynek grodu ze źródełkiem wypływającym spod ziemi daleko od Głodomanka. Wystarczająco daleko, by móc uciec prze wrogami. Chłopcy przeszli więc tajnym korytarzem według wskazówek ojca. Zdziwili się jednak, gdy nie wyszli w środku lasu, jak im opisywał władca, ale w środku nieznanej wioski. Przerażeni ludzie wzięli ich początkowo za diabły lub inne potwory służące szatanowi. Dopiero długie wyjaśnienia i nazwisko Jowa, które nawet w odległym miejscu budziło szacunek, sprawiły, że ludzie przyjęli niespodziewanych gości. Chłopcy postanowili, ze wraz z siostrą zostaną w tej wiosce, aby móc wrócić do domu, gdy od grodu odstąpią Tatarzy. Po kilku tygodniach dotarła jednak do nich straszna wiadomość: gród pokonany, wszyscy mieszkańcy wzięci w jasyr lub zabici. Wtedy zrozumieli, że nie maja do czego wracać. Do końca życia pozostali w małej wiosce w lesie. Ludzie pamiętali o nich nawet po ich śmierci, a na pamiątkę niezwykłego ich przybycia postanowili nazwać wioskę od tego jak się do siebie zwracali czyli „bracie Jowa". W ten sposób powstała Braciejowa. Wioska na południu Polski, która istnieje do dzisiejszego dnia.