Legenda IV


"O braciach Jowa"


Działo się to w XIII wieku. Polska, podzielona przez Bolesława Krzywoustego na dzielnice, rządzona była przez jego następców i dzielona na coraz mniejsze udzielne księstewka i prowincje. Kraj otoczony był ze wszystkich stron wrogimi państwami, dlatego ciągle musiał bronić swoich ziem. Na jego granicach powstawały nowe zamki i grody obronne strzegące Polski przed najeźdźcami. Na granicy Polski z Węgrami i Rusią stał na wielkiej i nieprzystępnej górze jeden z takich grodów nazywany Głodomankiem. W całej Polsce było o nim wiadomo, bo rzadko kiedy można było spotkać zamek, który w tak ciężkich czasach mógł skutecznie się bronić. Tylko Głodomank ani razu nie padł jeszcze pod naporem nieprzyjaciela. Nawet Niemcy, chcący go głodem wziąć musieli się wycofać po roku bezowocnego oblężenia. To właśnie po tym wydarzeniu otrzymał on swoją nazwę. Grodem rządził mądry i energiczny władca. Spowodował on wielki rozkwit swojego małego państewka i okolicznych wiosek. Poddani wiedzieli, ze zawsze mogą liczyć na jego pomoc i opiekę, dlatego też nigdy nie zbuntowali się przeciwko niemu, co miało dość często miejsce w innych grodach. Władca ten miał jedną ukochaną córkę - Annę. Była ona oczkiem w głowie taty i jedyną pociechą starego możnowładcy, chociaż zawsze pragnął on syna. Nie miał jednak więcej dzieci. Dbał więc o córkę najlepiej jak potrafił, a jednocześnie wychowując ją nie tylko na przyszłą następczynię ale i na rycerza. Wiedział, że nie będzie żył wiecznie i że kiedyś Anna będzie musiała radzić sobie sama. Życie w grodzie toczyło się powoli utartymi szlakami aż do chwili, gdy do mieszkańców dotarła mrożąca krew w żyłach wieść: do grodu zbliżali się Mongołowie. Dziwnym się może wydać, że ludzie ci, z których niejeden przeżył już wiele oblężeń i bitew, tak bardzo się wystraszyli, Mongołowie byli jednak jednym z najdzikszych narodów w Europie. Niscy, rozrośnięci w barach, od małego przygotowywani do udziału w wojnach byli doskonale wyszkoleni. Bronili się zakrzywionymi mieczami i strzałami z łuków o dużej sile rażenia. Najbardziej nieprawdopodobna wydawała się pogłoska, że Mongołowie nie jedzą chleba, a żywią się wyłącznie mięsem i mlekiem wymieszanym z krwią. Stary władca od razu rozpoczął przygotowania do obrony. Chociaż gród zawsze był zabezpieczony przed niespodziewanym najazdem, to dużo rzeczy pozostało do zrobienia. Zamknięto wszystkie bramy. Wszyscy zdolni do walki mężczyźni zgromadzili się na dziedzińcu zamkowym, gdzie czekali na rozkazy władcy. Kobiety i dzieci miały stanowić pomoc dla walczących, a przede wszystkim dla rannych. Na przygotowaniach i czekaniu z niepewnością, czy Mongołowie nadejdą, czy zostaną zatrzymani przez inny gród, mieszkańcy Głodomanku przeżyli kilka tygodni. W końcu, któregoś ranka stojący na wieży wartownik zauważył na horyzoncie wrogów. Okrzyk „Wrogowie" poderwał wszystkich mieszkańców. Wzdłuż murów ustawili się mężczyźni z łukami, koszami z ziemią i kamieniami, dzbanami z gorącą smołą. Do walki prowadził ich i zagrzewał władca, wraz z innymi stojący na murach. Walka rozpoczęła się następnego dnia wczesnym rankiem, kiedy Mongołowie z mrożącym krew okrzykiem przystąpili do pierwszego ataku. Na początku przewagę zdobyli mieszkańcy Głodomanku. Z góry ciskali na wrogów strzały i kamienie, a na tych którzy ośmielili się podejść blisko lali gorącą wodę. Po kilku godzinach Mongołowie z dużymi stratami musieli wycofać się na bezpieczną odległość. Grodzianie cieszyli się ze zwycięstwa. Liczyli na to, ze teraz wrogowie uznają porażkę i odejdą spod murów. Nie domyślali się tylko, że plan mongolski jest zupełnie inny. Minął tydzień oblężenia, potem drugi i trzeci, a Mongołowie wciąż czekali. Tymczasem w grodzie zaczęły szerzyć się choroby, wybuchały ciągłe kłótnie i sprzeczki między mieszkańcami. Mimo to nie poddawali się oni. Przypominali sobie wcześniejsze oblężenia i wygrane. Pocieszali się myśląc dawnych trudnościach, które zawsze kończyły się powodzeniem. Załamało ich całkiem inne wydarzenie. Podczas jednego ze szturmów Mongołom udało się podejść tak blisko murów, że strzała wystrzelona z ich łuku ugodziła władcę. Rana okazała się śmiertelna. Grodzianie pozostali zatem bez człowieka, który kierował nimi i swoim przykładem najbardziej zagrzewał do walki. Jego córka nie mogła przejąć jego zadania, ponieważ ciągle nie mogła pogodzić się ze śmiercią ojca— najwspanialszego człowieka którego znała. Załamała się i wszystko przestało ją obchodzić: gród i jego mieszkańcy, jej własne życie. I w ten sposób Mongołowie pewno wygraliby z niezwyciężonym dotąd Głodomankiem, gdyby nie dwaj bracia bliźniacy. Nikt nie wiedział skąd oni się wzięli. Po prostu kilka lat wcześniej przywędrowali do grodu. Przedstawiali się jako Bracia Jowa i tak wszyscy się do nich zwracali. Po śmierci starego władcy młodzieńcy długo zabiegali o spotkanie z młodą władczynią i w końcu dopięli swego. Annie zdradzili swoją od dawna ukrywaną tajemnicę. Otóż, odkryli oni stary tunel łączący gród z małym źródełkiem wypływającym u podnóża góry, na której stał Głodomank. Ich początkowy plan polegał na ujawnieniu tego sekretu tylko kilku osobom, które przedostałyby się przez linię oblężenia i sprowadziły pomoc, ale po rozmowie z Anną uznali, że to nie poskutkuje, ponieważ do tej pory odsiecz zjawiłaby się, gdyby tylko ktoś miał zamiar im pomóc. Dlatego też wspólnie obmyślili nowy plan. Bracia mieli wyprowadzić ludzi poza gród, w bezpieczne miejsce. Annie żal było jednak Głodomanka, w którym spędziła całe życie, dlatego postanowili, że kiedyś w przyszłości wrócą do miasta by je odzyskać. Swoją decyzję władczyni ogłosiła swoim poddanym. Chociaż nie wszyscy byli zadowoleni z jej postanowienia, to niedzieli, że tak będzie dla nich najlepiej. Bracia Jowa wyprowadzili wszystkich mieszkańców przez tunel i zaprowadzili do ukrytej w lasach małej wioski, udzie mieli pewność, ze Mongołowie nie dotrą. Tymczasem wrogowie zajęli ich gród zdziwieni tym, że nie ma w nim ludzi, który tak długo się bronili Przestraszyli się trochę wymarłego miasta, ale nie wypuścili do ze swych rąk. Zostawili w Głodomanku duże straże i ruszyli dalej. W grodzie zaczęły w tym czasie dziać się dziwne rzeczy: to ginęły wartościowe rzeczy, które rabusie zabrali z innych mijanych wsi i miasteczek. 10 w niewyjaśnionych okolicznościach ginął jakiś człowiek i nie pozostawał po nim żaden siad - jak kamień w wodę, czasem ktoś zatruwał wodę lub psuł jedzenie, tak ze Mongołowie niejednokrotnie odczuwali silne bóle. W końcu, po wielu nieudanych próbach odkrycia sprawcy lub sprawców tych zjawisk, postanowili porzucić ..upiorny gród" jak zaczęli go nazywać. W wielkim pośpiechu, porzucając łupy, odeszli w kierunku swojej ojczyzny. Nie domyślali się, ze za wszystkim tym stoją nie duchy, jak im się wydawało, ale lidzie z krwi i kości - dwaj Bracia Jowa. Dzięki nim grodzianie mogli wrócić do swoich domów bez obawy, ze znów będą. musieli się bronić przed najeźcami. Od tej pory bowiem żaden wróg nie podszedł do bram grodu, obawiając się ..duchów, które straszą wszystkich, którzy ośmieliliby się przeszkodzie im w spokojnym bytowaniu Bracia do końca swojego zycia pozostali w Głodomanku jako doradcy i przyjaciele Anny, a ich wspólne rządy były najlepszym okresem dla rozwoiu grodu Nawet po ich śmierci ludzie nie zapomnieli o tym co bracia zrobili dla ich domów. Kilkanaście lat później gród zmienił nazwę. W ten sposób powstała Braciejowa. Dawniej wielki i wspaniały gród, dzisiaj jedynie wioska ze wspomnieniami dawnej świetności. wioska ze wspomnieniami dawnej świetności. Mała wioska na południu Polski, która istnieje do dnia dzisiejszego